6 października 2025 roku Ewa Zajączkowska-Hernik opublikowała wpis po swoim wystąpieniu w Parlamencie Europejskim. Przekaz był mocny, prosty i idealnie skrojony pod media społecznościowe:
Polska to nie gubernia pani lewackiego imperium
DO DYMISJI natychmiast
– powiedziałam dziś prosto w twarz Ursuli von der Leyen Jako jedyna z Polski zabrałam dziś głos w debacie nad odwołaniem szefowej Komisji Europejskiej i wygarnęłam jej całą prawdę. Pani Ursula słuchała uważnie, gdy mówiłam o jej aferach, wciąganiu nas w wojnę, zalewaniu Europy imigrantami, dewastowaniu gospodarki Zielonym Ładem i forsowaniu umowy z Mercosur, która zniszczy unijne rolnictwo i odbierze nam bezpieczeństwo żywnościowe! Za to, co ta kobieta wyprawia, powinien być kryminał, a nie Komisja Europejska!


„Polska to nie gubernia pani lewackiego imperium”, „wciąganie nas w wojnę”, „zalewanie Europy imigrantami”, „dewastowanie gospodarki Zielonym Ładem”, Mercosur, który „zniszczy unijne rolnictwo”, a na koniec: „powinien być kryminał, a nie Komisja Europejska”.
Brzmi efektownie.
Tylko że polityczny efekt nie jest jeszcze dowodem prawdziwości.
To wystąpienie jest wręcz podręcznikowym przykładem, jak można wziąć kilka realnych problemów, kilka uzasadnionych kontrowersji, dodać do nich ogromną dawkę emocji, pominąć niewygodne fakty i zbudować obraz Europy, w której Bruksela okupuje Polskę, pcha nas do wojny, sprowadza migrantów, niszczy gospodarkę i rolnictwo, a wszystkim kieruje niemal przestępcza klika.
I właśnie dlatego warto rozebrać ten przekaz na części.
Nie po to, żeby bronić Ursuli von der Leyen.
Nie po to, żeby twierdzić, że Komisja Europejska jest nieomylna.
Ale po to, żeby krytykę oddzielić od propagandy.
Najpierw fakt: Zajączkowska rzeczywiście przemawiała
W jednej kwestii europosłanka mówi prawdę. W oficjalnym protokole Parlamentu Europejskiego z 6 października 2025 roku znajduje się jako przedstawicielka grupy Europe of Sovereign Nations wśród mówców podczas wspólnej debaty nad dwoma wnioskami o wotum nieufności wobec Komisji Europejskiej.
Tyle że na tym kończy się prostota całej historii.
Głosowania odbyły się trzy dni później — 9 października. Oba wnioski zostały zdecydowanie odrzucone. Pierwszy uzyskał 179 głosów za i 378 przeciw, drugi 133 za i 383 przeciw.
Można więc powiedzieć:
„Zabrałam głos w debacie o odwołaniu Komisji”.
Nie można natomiast budować wokół tego atmosfery, jakby Parlament Europejski właśnie masowo stanął przeciwko von der Leyen.
Nie stanął.
„Lewackie imperium”. Tyle że von der Leyen nie jest nawet politykiem lewicy
Już pierwsze zdanie pokazuje metodę:
„Polska to nie gubernia pani lewackiego imperium”.
To nie jest argument. To jest rama emocjonalna.
Słowo „gubernia” ma Polakowi skojarzyć się z zaborem, Rosją, okupacją i utratą państwowości.
„Imperium” oznacza natomiast, że Bruksela przestaje być instytucją organizacji, do której Polska dobrowolnie należy, a zaczyna być przedstawiana jako obce mocarstwo zarządzające podbitym terytorium.
Do tego dochodzi „lewackie”.
Problem jest taki, że Ursula von der Leyen jest politykiem niemieckiej CDU, należy do Europejskiej Partii Ludowej, a sama EPP określa się jako europejska centroprawica.
Można uważać jej politykę klimatyczną czy migracyjną za zbyt lewicową.
Można krytykować jej Komisję.
Ale określenie jej mianem szefowej „lewackiego imperium” nie jest opisem rzeczywistości politycznej.
To etykieta.
A etykieta ma zrobić jedno:
zanim odbiorca zacznie myśleć, ma już wiedzieć, kogo nienawidzić.
„Wciąga nas w wojnę”. To najgroźniejsza manipulacja całego przekazu
To zdanie jest znacznie poważniejsze.
Bo tutaj nie chodzi już o Zielony Ład czy Ursulę von der Leyen.
Chodzi o wojnę rozpoczętą przez Rosję.
Zajączkowska-Hernik przedstawia działania Unii wspierającej napadniętą Ukrainę jako „wciąganie nas w wojnę”.
Tymczasem przewodnicząca Komisji Europejskiej nie posiada uprawnienia, żeby pewnego ranka zdecydować:
„wysyłamy Polaków na front”.
Art. 42 Traktatu o Unii Europejskiej przewiduje, że zdolności wojskowe zapewniają państwa członkowskie, a decyzje dotyczące misji w ramach wspólnej polityki bezpieczeństwa i obrony podejmuje Rada jednomyślnie.
Czyli Polska posiada tutaj własny głos.
Von der Leyen nie jest zwierzchnikiem Wojska Polskiego.
Komisja Europejska nie może przeprowadzić w Polsce mobilizacji.
Nie może też samodzielnie zdecydować o wysłaniu polskich żołnierzy do wojny.
Można natomiast dyskutować, czy Europa powinna więcej wydawać na obronność, jak długo wspierać Ukrainę, jak finansować przemysł zbrojeniowy albo jak uniknąć eskalacji.
To jest normalna debata polityczna.
Manipulacja zaczyna się w chwili, gdy z tej debaty tworzy się prosty komunikat:
„Bruksela chce wojny”.
A wtedy wydarza się coś jeszcze bardziej interesującego.
Z obrazu znika Rosja
Rosja zaatakowała Ukrainę.
Rosja zajęła część jej terytorium.
Rosja bombarduje ukraińskie miasta.
Rosja grozi państwom NATO.
Ale w opowieści Zajączkowskiej głównym zagrożeniem dla Polaka staje się nie Kreml.
Staje się nim Bruksela.
To niezwykle wygodne przesunięcie odpowiedzialności:
Rosja rozpoczyna wojnę → Europa pomaga ofierze → Europa zostaje oskarżona o „wciąganie nas w wojnę”.
I właśnie ten mechanizm powinien zapalać czerwoną lampkę.
EEAS opisuje rosyjskie operacje informacyjne jako działania mające m.in. osłabiać poparcie dla Ukrainy i rozmywać odpowiedzialność za agresję, a także wykorzystywać w europejskich społeczeństwach tematy migracji, kosztów życia i cen energii.
To nie oznacza, że każdy, kto krytykuje pomoc Ukrainie, jest rosyjskim agentem.
Oznacza natomiast, że warto wiedzieć, kiedy krajowy polityk zaczyna używać niemal tej samej konstrukcji narracyjnej, z której korzysta propaganda Kremla.
„Zalewanie Europy imigrantami”
Migracja jest realnym problemem.
Nielegalna migracja wymaga kontroli.
Granice muszą być chronione.
Państwo ma prawo wiedzieć, kto wjeżdża na jego terytorium.
Można również uważać unijną politykę migracyjną za błędną, spóźnioną albo niewystarczającą.
Ale słowo „zalewanie” nie służy analizie polityki migracyjnej.
Służy wywołaniu obrazu katastrofy.
Dziś, po zamknięciu danych za cały 2025 rok, wiemy coś bardzo ciekawego.
Liczba osób składających pierwszy wniosek o azyl w UE spadła w 2025 roku o 27 proc. w porównaniu z 2024 rokiem.
Według danych Frontexu liczba wykrytych nielegalnych przekroczeń zewnętrznych granic UE spadła natomiast w całym 2025 roku o około 26 proc., osiągając najniższy poziom od 2021 roku.
Czy problem migracji zniknął?
Nie.
Czy wszystkie granice są bezpieczne?
Nie.
Czy państwa europejskie popełniały błędy?
Oczywiście.
Ale określenie sytuacji mianem nieustającego „zalewu” ma znacznie więcej wspólnego z politycznym marketingiem strachu niż z precyzyjnym opisem danych.
I znów występuje tutaj interesująca zbieżność.
EUvsDisinfo od lat opisuje wykorzystywanie przez prokremlowskie media narracji, w której europejskie rządy przedstawiane są jako słabe i naiwne, a migranci jako zagrożenie dla zwykłych obywateli. Celem jest podgrzewanie strachu, konfliktów społecznych i poczucia, że Europa rozpada się od środka.
Zielony Ład „dewastuje gospodarkę”?
Tutaj ponownie trzeba oddzielić uzasadnioną krytykę od propagandowego absolutu.
Europa rzeczywiście ma problem z konkurencyjnością.
Energia jest droga.
Przemysł energochłonny znajduje się pod presją.
Tempo części regulacji klimatycznych może budzić uzasadnione pytania.
Sama Komisja Europejska przyznaje, że wysokie ceny energii są istotnym problemem dla europejskiej konkurencyjności.
To są fakty.
Ale Zajączkowska nie mówi:
„Zielony Ład może pogarszać konkurencyjność niektórych sektorów”.
Mówi o „dewastowaniu gospodarki”.
To zupełnie inna teza.
W całym 2025 roku realny PKB Unii Europejskiej wzrósł o 1,5 proc.
Nie jest to wynik spektakularny.
Europa pozostaje gospodarczo wolniejsza niż USA w wielu obszarach i musi rozwiązać ogromne problemy strukturalne.
Ale gospodarka, która rośnie, nie jest jednocześnie gospodarką „zdewastowaną” w zwykłym znaczeniu tego słowa.
Znów działa więc ten sam mechanizm:
realny problem → maksymalne słowo → maksymalny strach.
Mercosur: tutaj krytyka ma podstawy. Ale „zniszczenie rolnictwa” to już kolejny skok
Sprawa umowy UE–Mercosur jest najbardziej merytoryczną częścią krytyki Zajączkowskiej.
Europejscy — w tym polscy — rolnicy mają prawo obawiać się konkurencji z producentami z Ameryki Południowej.
Szczególnie wrażliwe są sektory wołowiny, drobiu czy cukru.
Polskie władze również zgłaszały zastrzeżenia, a Ministerstwo Rolnictwa podkreślało później, że nie wszystkie postulaty Polski, m.in. dotyczące wzajemności standardów produkcji, zostały uwzględnione.
To nie jest więc problem wymyślony.
Ale Zajączkowska mówi, że Mercosur:
„zniszczy unijne rolnictwo i odbierze nam bezpieczeństwo żywnościowe”.
To już znacznie dalej idące twierdzenie.
Umowa zawiera limity preferencyjnego importu. Dla wołowiny jest to 99 tys. ton, czyli około 1,5 proc. produkcji UE, dla drobiu 180 tys. ton — około 1,3 proc., a dla wieprzowiny 25 tys. ton — około 0,1 proc. Przewidziano również mechanizmy ochronne pozwalające reagować na poważne zakłócenia rynku.
Od 1 maja 2026 roku część handlowa umowy jest stosowana tymczasowo, a wcześniej przyjęto dodatkowe przepisy dotyczące zabezpieczeń dla sektora rolnego.
Czy zabezpieczenia okażą się wystarczające?
To można i należy kontrolować.
Czy polski rolnik może być przeciwny Mercosur?
Oczywiście.
Ale jest różnica między:
„ta umowa może pogorszyć sytuację niektórych gospodarstw”
a
„ta umowa zniszczy unijne rolnictwo i odbierze nam bezpieczeństwo żywnościowe”.
Pierwsze jest argumentem.
Drugie jest apokaliptyczną prognozą wymagającą dowodów.
„Powinien być kryminał”. A gdzie wyrok?
Kolejnym elementem przekazu jest sugestia przestępczości.
I tutaj również sprawa nie jest czarno-biała.
Kontrowersja dotycząca SMS-ów Ursuli von der Leyen z prezesem Pfizera jest prawdziwa.
Europejski Rzecznik Praw Obywatelskich uznał sposób postępowania Komisji przy wyszukiwaniu tych wiadomości za maladministration — niewłaściwe administrowanie.
14 maja 2025 roku Sąd UE uchylił decyzję Komisji dotyczącą odmowy dostępu do wiadomości, wskazując m.in. na brak wystarczająco wiarygodnych wyjaśnień dotyczących ich nieposiadania.
Europejska Prokuratura potwierdziła również prowadzenie postępowania dotyczącego unijnych zakupów szczepionek przeciw COVID-19.
To wszystko są poważne powody do zadawania pytań.
Transparentność Komisji można i należy krytykować.
Ale żadne z wymienionych rozstrzygnięć nie oznacza automatycznie:
„Ursula von der Leyen jest przestępcą”.
Maladministration nie oznacza wyroku za korupcję.
Unieważnienie decyzji administracyjnej dotyczącej dostępu do dokumentów nie oznacza skazania za łapówkę.
Trwające dochodzenie nie jest wyrokiem.
W demokratycznym państwie między:
„istnieją poważne wątpliwości i należy je wyjaśnić”
a
„powinien być kryminał”
istnieje jeszcze coś takiego jak dowody, postępowanie i sąd.
I właśnie tak działa ten przekaz
Przyjrzyjmy się całej konstrukcji.
Najpierw:
Polska jest „gubernią”.
Czyli jesteśmy podporządkowani obcemu imperium.
Potem:
Bruksela wciąga nas do wojny.
Czyli zagrożeniem dla naszego bezpieczeństwa nie jest przede wszystkim Rosja — tylko Unia.
Następnie:
Europa jest zalewana migrantami.
Czyli tracimy bezpieczeństwo wewnętrzne.
Potem:
Zielony Ład niszczy gospodarkę.
Czyli tracimy pracę i dobrobyt.
Następnie:
Mercosur zniszczy rolnictwo.
Czyli zabraknie nam również bezpieczeństwa żywnościowego.
Na końcu:
„powinien być kryminał”.
Czyli ludzie, którzy tym wszystkim kierują, są nie tylko niekompetentni — są niemal przestępcami.
W ciągu kilkudziesięciu sekund odbiorca dostaje więc pełny zestaw zagrożeń:
utrata suwerenności, wojna, migranci, upadek gospodarki, zniszczenie rolnictwa, brak żywności i skorumpowane elity.
Nie ma czasu na analizę.
Jest strach.
Jest gniew.
Jest wróg.
To właśnie odróżnia informowanie od propagandy.
Najbardziej niebezpieczne jest jednak to, czego w tym obrazie prawie nie ma
Rosji.
I tutaj dochodzimy do sedna.
Nie twierdzimy, że Ewa Zajączkowska-Hernik jest rosyjskim agentem.
Nie przedstawiamy dowodów, że ktoś na Kremlu pisze jej przemówienia.
Bez takich dowodów byłoby to nieuczciwe.
Ale zbieżność narracyjna jest faktem możliwym do przeanalizowania.
EUvsDisinfo wskazuje jako jedne z najczęściej powtarzanych narracji prokremlowskiej dezinformacji:
- agresywny Zachód,
- upadającą i moralnie skorumpowaną Europę,
- utratę suwerenności państw,
- niebezpieczną migrację,
- skorumpowane elity,
- przedstawianie Rosji jako strony jedynie reagującej na agresję Zachodu.
I teraz jeszcze raz przeczytajmy przekaz:
„gubernia lewackiego imperium”
„wciąganie nas w wojnę”
„zalewanie Europy imigrantami”
„dewastowanie gospodarki”
„zniszczenie rolnictwa”
„kryminał”
Nie trzeba być rosyjskim agentem, żeby powielać narracje korzystne dla Rosji.
Nie trzeba otrzymać instrukcji z Moskwy, żeby wykonywać dla Kremla kawał dobrej roboty informacyjnej.
Wystarczy przekonywać Polaków, że ich największym zagrożeniem nie jest imperialna Rosja prowadząca wojnę kilkaset kilometrów od naszych granic, lecz Bruksela, Ukraina, migranci i europejska współpraca.
Krytykujmy Unię. Ale nie wyłączajmy przy tym myślenia
FOP nie jest od bronienia Ursuli von der Leyen.
Komisję Europejską należy kontrolować.
Mercosur można krytykować.
Zielony Ład należy poprawiać tam, gdzie szkodzi konkurencyjności.
Polityka migracyjna wymaga twardych granic.
Sprawa wiadomości z Pfizerem wymaga pełnej przejrzystości.
Ale właśnie dlatego należy odrzucać propagandę.
Bo propaganda nie pomaga naprawić żadnego z tych problemów.
Ona robi coś zupełnie innego.
Bierze problem.
Powiększa go.
Odcina kontekst.
Dokleja strach.
Wskazuje wroga.
I każe człowiekowi przestać pytać.
Polska nie potrzebuje ani kultu Brukseli, ani propagandy Kremla
Możemy być krytycznymi członkami Unii Europejskiej i jednocześnie rozumieć, gdzie leży polski interes.
Możemy kłócić się z Komisją o rolnictwo.
Możemy żądać ochrony granic.
Możemy odrzucać absurdalne regulacje.
Możemy domagać się przejrzystości.
Ale nie możemy pozwolić sobie wmówić, że to Bruksela rozpoczęła wojnę w Europie.
Nie rozpoczęła.
Zrobiła to Rosja.
I każdy przekaz, który stopniowo usuwa ten fakt z pola widzenia, a w miejsce Moskwy podstawia Brukselę, Ukrainę czy „Zachód”, powinien być analizowany wyjątkowo uważnie.
Bo Kreml od lat nie potrzebuje w Europie ludzi, którzy będą krzyczeć:
„kochamy Putina”.
O wiele skuteczniejsi są ci, którzy powiedzą:
„Rosji może nie lubię, ale prawdziwym wrogiem Polski jest Bruksela”.
I właśnie dlatego takie wypowiedzi należy rozbierać na części.
Nie zakazywać.
Nie cenzurować.
Sprawdzać. Pokazywać fakty. Ujawniać mechanizm.
Bo najlepszą bronią przeciwko propagandzie nadal pozostaje człowiek, który zanim się przestraszy i wścieknie — najpierw sprawdzi, kto właśnie próbuje nim sterować.
