Polska staje się krajem coraz bardziej podzielonym. W przestrzeni publicznej przybywa agresji, a kolejne informacje o atakach na Ukraińców przestają kogokolwiek dziwić. Ludzie są bici, zastraszani i obrażani tylko dlatego, że mówią z ukraińskim akcentem lub mają ukraińskie tablice rejestracyjne. To nie są już pojedyncze incydenty. To zjawisko, na które najwyższe władze państwa mają obowiązek reagować.

A Karol Nawrocki?

Milczy.

Prezydent Rzeczypospolitej nie jest komentatorem politycznym. Jest strażnikiem bezpieczeństwa państwa i autorytetu jego instytucji. W chwilach, gdy rośnie przemoc motywowana nienawiścią, społeczeństwo oczekuje jasnego komunikatu: w Polsce nie ma miejsca na samosądy, nacjonalistyczną przemoc i uliczny terror.

Takiego komunikatu zabrakło.

Milczenie głowy państwa nie zatrzymuje przemocy. Przeciwnie – może być odbierane jako sygnał, że problem nie jest traktowany z należytą powagą. Historia wielokrotnie pokazywała, że przemoc narasta tam, gdzie państwo nie reaguje wystarczająco stanowczo.

Jednocześnie od miesięcy część sceny politycznej buduje swoją pozycję, wykorzystując antyukraińskie emocje. Zarówno politycy Konfederacji Wolność i Niepodległość, jak i Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna, regularnie przedstawiają Ukraińców jako zagrożenie dla Polski, odwołując się do strachu, gniewu i poczucia krzywdy. Taka retoryka może pogłębiać społeczne podziały i zwiększać wrogość wobec całej grupy ludzi, niezależnie od ich indywidualnych zachowań.

W demokratycznym państwie każdy ma prawo do krytyki polityki wobec Ukrainy. Ale czym innym jest merytoryczna debata, a czym innym język, który utrwala obraz całego narodu jako problemu. Słowa polityków mają znaczenie. Kształtują emocje, wpływają na społeczne nastroje i mogą wyznaczać granice tego, co część ludzi uznaje za dopuszczalne.

I właśnie dlatego tak niepokojące jest milczenie prezydenta. Gdy z jednej strony narasta antyukraińska retoryka, a z drugiej dochodzi do kolejnych aktów przemocy, głowa państwa powinna jednoznacznie stanąć po stronie prawa i bezpieczeństwa. Tego głosu zabrakło.

Jeszcze większe kontrowersje budzi decyzja o ułaskawieniu Piotra „Starucha” Staruchowicza. Samo prawo łaski jest konstytucyjną prerogatywą prezydenta. Nie oznacza jednak, że każda decyzja jest poza oceną obywateli.

Szczególnie wymowny był obraz, który zobaczyła cała Polska. W programie Kanału Zero Piotr Staruchowicz publicznie zwrócił się do Karola Nawrockiego z prośbą o ułaskawienie. Była to sytuacja transmitowana i szeroko komentowana. Później ułaskawienie rzeczywiście nastąpiło.

Nie ma dowodu, że publiczna prośba przesądziła o decyzji prezydenta. Ale właśnie dlatego pojawiają się pytania o standardy państwa i o symbolikę tej decyzji. Prezydent powinien być ponad środowiskami, ponad układami i ponad politycznymi sympatiami. Każde jego działanie musi wzmacniać zaufanie obywateli do bezstronności państwa, a nie rodzić wątpliwości, że jedni mogą liczyć na szczególną uwagę, podczas gdy inni – ofiary przemocy – nie doczekają się nawet jednoznacznego potępienia.

To właśnie kontrast budzi największy sprzeciw.

Na jednej szali – narastająca antyukraińska retoryka, kolejne akty przemocy i milczenie najwyższego przedstawiciela państwa.

Na drugiej – szybka i głośna decyzja o zastosowaniu prawa łaski wobec osoby wywodzącej się ze środowiska pseudokibiców.

Państwo nie funkcjonuje wyłącznie poprzez przepisy. Funkcjonuje także poprzez symbole. A symbole mają znaczenie.

Historia pokazuje, że demokracje nie upadają z dnia na dzień. W Niemczech lat trzydziestych również nie zaczęło się od obozów koncentracyjnych. Najpierw była brutalizacja języka, przyzwolenie na uliczną przemoc, wskazywanie wrogów, odczłowieczanie części społeczeństwa i bierność elit wobec narastającej nienawiści. To właśnie te mechanizmy doprowadziły do katastrofy.

Polska roku 2026 nie jest III Rzeszą. Mamy wolne wybory, pluralizm polityczny i demokratyczne instytucje. Ale właśnie dlatego naszym obowiązkiem jest reagować, gdy pojawiają się mechanizmy, które historia już raz boleśnie opisała. Milczenie wobec nienawiści nigdy nie jest neutralne.

Prezydent powinien być pierwszym, który stanie po stronie prawa, bezpieczeństwa i godności człowieka – niezależnie od jego narodowości.

Bo państwo nie rozpada się tylko przez wojny czy kryzysy gospodarcze.

Państwo rozpada się również wtedy, gdy nienawiść staje się narzędziem polityki, obywatele zaczynają wierzyć, że jedni zasługują na mniejszą ochronę od innych, a najwyższe urzędy przestają wyznaczać jasne granice między wolnością słowa a odpowiedzialnością za słowo.

Polska potrzebuje prezydenta, który nie będzie milczał wobec przemocy, niezależnie od tego, z której strony sceny politycznej płynie język podsycający społeczne podziały.

Milczenie też jest decyzją.

I za tę decyzję historia również wystawia rachunek.

Dodaj komentarz